Długo oczekiwany przez czytelników? post – a przynajmniej niektórzy opieprzali mnie za brak wieści. Z ponad tysiąca fotek wybrane wylądowały na flickerze, więc można napisać i odpowiednio zilustrować :-)

Tak więc rano oczywiście złapał stres, ale wizyt w ubikacji było tylko trzy wiec spoko. Tak w sumie to czułem się jak przed maturą – nie można było znaleźć sobie miejsca, nic się nie chciało oprócz ‘niech już będzie po wszystkim’. Potem przyjechał Mirek – on nas wiózł do ślubu i trzeba było wysłać auto na myjnię. Potem auto do dekoracji do kwiaciarni, odebrać bukiety dla panny młodej i jej druhny… i można było się ubierać itd.

Ubieranie

to jest to itd

No i gotowy efekt:


(jeszcze w moim starym pokoju – u rodziców – chlip, ćwierć wieku tu spędziłem, przy tym oknie)

I teraz to już poszło z górki:

Błogosławieństwo od rodziców:

I do naszej prawie gangsterskiej fury:


Tony Soprano może się schować :-)

Wjazd na kościół

(jak widać fotoreporterzy już czekali)

Rzut oka czy Rodziny w komplecie

No i wchodzimy:

Na miejscu:

Najpierw było wiązanie, potem wymiana biżuterii:

No i podpisywanie cyrografu:

I najgorsze że na to wszystko są świadkowie:

Jak widać po minach wszyscy szczęśliwi

No to wychodzimy pod ostrzał ryżem i monetami (dobrze że wyjeli z woreczków)

Trzeba za coś żyć, a tutaj tyle kasy wyrzucają..

Tutaj gratulowano nam popełnienia małżeństwa i uzbierania dużej ilości monet.

ciąg dalszy nastąpi